piątek , 5 marca 2021

Twin Cam Bobber – Habeta

Z Harleyem tak już jest, że jak zaczniesz nim jeździć i poczujesz klimat, prędzej czy później zapragniesz nadać swemu motocyklowi indywidualny sznyt, przerobić go po swojemu. Tak też było w przypadku Sebastiana ze Szczecina, będącego właścicielem motocykla, który prezentujemy na zdjęciach.

Tekst i zdjęcia: Lech Wangin

Sebastian jest absolwentem Wyższej Szkoły Morskiej i zawodowo zajmuje się logistyką w ruchu morskim i śródlądowym. Przygodę w siodle motocykla zaczął jakieś 25 lat temu i co jest w jego historii nietypowe to fakt, że impulsem do tego, by zacząć jeździć był fakt, że jego ówczesna partnerka sprawiła sobie Hondę CBX 250. W rozmowie nie udało się tego ustalić, ale prawdopodobnie Sebastian zanim kupił własny motocykl podbierał Hondę  swojej dziewczynie. Własną motocyklową drogę zaczął z grubej rury, bo mając nikłe doświadczenie wsiadł na Yamahę XJR 1200, a to motocykl, który swoje waży i dysponuje konkretnym kopytem, nie jest więc najlepszym sprzętem dla początkujących. Stało się, co się stać musiało, czyli nasz motocyklowy neofita zaliczył kilka spektakularnych gleb. Na szczęście obyło się bez poważniejszych konsekwencji i Sebastian nie zraził się do motocyklizmu. Wprost przeciwnie, zmieniając kolejne sprzęty zyskiwał coraz więcej doświadczenia. Najczęściej jego mechanicznym kompanem była maszyna sportowa. Ten stan rzeczy utrzymywał się do czasu, kiedy Sebastian dobiegł „czterdziestki”. Za namową kolegi, na okrągłe urodziny sprawił sobie pierwszego Harleya, dochodząc zapewne do wniosku, że czas najwyższy nieco się ustatkować. Jak wszyscy wiemy, jazda Harleyem to zupełnie inna bajka niż jazda na sportowej „szlifierce”. Najwyraźniej jednak opasły wolnoobrotowy krążownik turystyczny (Road King) przypadł Sebastianowi do gustu, bo znajduje schronienie w jego garażu po dziś dzień. Jak wspomina nasz bohater, jeżdżąc Harleyem wreszcie miał czas na to, by dostrzec to, co wokół drogi, a nie koncentrować się jedynie na tym, by „trafić w czarne”. Jak już Sebastian rozsmakował się w jeździe na Harleyu, zaraz pojawił się pomysł, by mieć motocykl, który nie będzie typową seryjną maszyną. Po głowie chodziły pomysły budowy baggera lub innej customowej maszyny. Wkrótce nadarzyła się okazja kupna uszkodzonego po szlifie Fat Boya z 2007 roku. Maszyna trafiła do Polski z rynku angielskiego, miała silnik Twin Cam 96 i jeśli nie liczyć lekko poszerzonego wahacza i tylnego koła z oponą o szerokości 200 mm, nie odbiegała od seryjnej postaci. Pomysł, by przerobić Fat Boya na bobbera nasunął się właściwie automatycznie. W okolicach Szczecina najlepszym adresem do realizacji takich pomysłów jest customowy warsztat Habeta. Tam też motocykl trafił, by przejść konieczną metamorfozę. Rozmiar opon pozostawiono taki jak już był wymieniając jedynie koła na ultimowskie szesnastki Big Spoke. Przednie zawieszenie Fat Boya powędrowało na półkę, a w to miejsce zamontowano widelec Springer pochodzący z katalogu W&W. Uzupełnieniem przodu jest pasująca do widelca kierownica w stylu lat 40. i harleyowski reflektor w klasycznej, chromowanej obudowie. Na kierownicy pojawiły się manetki w stylu lat 30., dodatkowo, by zachować wintydżowy klimat pompę hamulcową ukryto pod zbiornikiem paliwa. Przedni błotnik został zredukowany do minimum. Przy przednim kole zamontowano dużą tarczę hamulcową, a na wsporniku wykonanym w Habecie spoczął czterotłoczkowy zacisk PM. W tylnym kole również wymieniono tarczę hamulcową, pozostawiając jednak seryjny harleyowski zacisk na swoim miejscu. Od ramy odcięto wsporniki tylnego błotnika. Oryginalny błotnik również „dostał wolne”, a jego rolę przejął szerszy, wykonany w Habecie. Tylne zawieszenie dostało kit obniżający, by uzyskać linię pasującą do charakteru bobbera. Zbiornik paliwa i oleju pozostawiono bez zmian, za to w miejsce mięsistej kanapy pojawiło się stylowe siodło na sprężynach. Jest to siodło znanej amerykańskiej firmy Corbin. Motocykl dostał też nowy „dubeltowy” układ wydechowy, customowy filtr powietrza, sissy bar do troczenia bagażu oraz małą tylną lampkę w starym stylu i minimalistyczne kierunkowskazy. Malowanie zachowano w oryginalnych harleyowskich odcieniach. W efekcie przeprowadzonych modyfikacji motocykl nieco schudł, stał się bardziej zwarty i ma w sobie ducha starych maszyn. Jazda nim cieszy, a Sebastian nie myśli już w ogóle o motocyklach sportowych, za to coraz częściej wspomina, że warto by kupić jakiegoś naprawdę starego Harleya. Jak widać harleyowa choroba postępuje.

Sprawdź także

Indian Chief, amerykańska ikona

Kiedy myślimy „amerykański motocykl” wyobraźnia automatycznie podsuwa obraz okazałej maszyny toczącej się na szesnastocalowych kołach …

Dodaj komentarz