wtorek , Grudzień 18 2018
Home / Okiem aparatu / Kartoreka Habety – Cz.3 Robert

Kartoreka Habety – Cz.3 Robert

– No więc, jak już mówiłem poznałem jednego z nich, Roberta.

– Roberta – mówicie – to chyba ktoś nowy, nie mam takiego człowieka w naszych aktach.

– Robert długo siedział w Niemczech. Do Polski wrócił 8 lat temu i po dwóch latach pobytu w kraju żona kupiła mu w prezencie Yamahę Wild Star.

– Co wy mi tu chrzanicie, Maczała, jaka żona kupiłaby swojemu chłopu motocykl? Przecież oni używają tych piekielnych maszyn po to, by uciec z domu i niewinne, młode panienki na złą drogę sprowadzać!

-Ośmielam się zauważyć, Panie Śledczy, że te młode panienki wcale nie są takie niewinne, a żona kupiła Robertowi ten motocykl, bo się o niego bała.

– Jak to się bała?! Co wy mi tu bredzicie, Maczała! Chyba za długo przebywaliście z tymi habetowcami i rozum wam odebrało! Skupcie się i mówcie po kolei, co z tym Robertem.

– Muszę wam powiedzieć Panie Śledczy, że to bardzo ciekawa postać. Dorosłe życie zaczynał jako hydraulik, ale szybko zdobył drugi zawód, był mechanikiem samochodowym i w tym fachu zdobył tytuł mistrza. Potem wyjechał do Niemiec, gdzie spędził długie lata i skończył studia logistyczne. Obecnie prowadzi własną firmę i zajmuje się między innymi doradztwem. Na motocyklach zaczął jeździć w wieku 18 lat i pochłaniało go to bez reszty. W czasie pobytu w Niemczech dobrze zarabiał i bez problemu mógł sobie pozwolić na najlepsze sprzęty. Pasjonowała go szybkość, a że prowadził warsztat samochodowy, więc sam tuningował swoje motocykle, żeby lepiej wyglądały i szybciej jeździły. Miał paczkę kumpli, również nawiedzonych motocyklistów, dla których jazda z prędkościami dochodzącymi do 300 km/h nie była niczym niezwykłym. Robert kochał motocykle i był uzależniony od adrenaliny, jednak około trzynastu lat temu zdarzył się wypadek, który o mało nie zakończył się tragicznie. Robert spędził sześć miesięcy w szpitalu, miał połamane wszystko, co tylko w człowieku można połamać. Po długiej kuracji i rehabilitacji udało mu się wrócić do zdrowia i wszystko wskazywało na to, że motocyklowy etap jego życia został zakończony. Po kilku latach od feralnego dnia Robert z żoną zdecydowali się wrócić do rodzinnego Szczecina i tu rozkręcić własny biznes. Minęły kolejne dwa lata, kiedy żona z niepokojem zauważyła, że Robert coraz częściej oglądał się za przejeżdżającymi motocyklistami. Znając charakter męża wiedziała, że w każdej chwili może zechcieć wrócić do dawnego niebezpiecznego hobby. Postanowiła działać. Wiedziała, że nie zdoła powstrzymać Roberta, kiedy ten już wbije sobie do głowy powrót na motocyklowe siodełko. Kierując się typową dla płci pięknej przewrotną logiką wykombinowała, że jak kupi mężowi motocykl, ale nie szybką sportową maszynę, tylko spokojnego cruisera, to nie będzie go już ciągnęło do szybkich i niebezpiecznych „ścigaczy”.

Robert był kompletnie zaskoczony widząc w garażu motocykl. Za kierownicą Yamahy dawno zapomniane odruchy szybko powróciły i wyglądało na to, że i wilk będzie syty i owca cała, czyli mówiąc inaczej, że fortel żony się udał. Przyszłość pokazała, że jednak nie do końca, bo wprawdzie Robert nie myśli już o sportowych „przecinakach”, ale kiedy tylko nastała zima zakasał rękawy i wziął się za tuning Wild Stara. Przeróbka nie była bynajmniej subtelna. Przy pomocy części amerykańskiej firmy Patrick Racing silnik cruisera przeistoczył się w kipiącą momentem obrotowym bestię. Z kolei zestaw części niemieckiej firmy Thunderbike pozwolił na montaż tylnego koła o budzącej respekt szerokości 250 mm i na wyraźną zmianę wizerunku motocykla ze spokojnego cruisera w dragstylowego powerbike’a. Dysponując takim sprzętem, w kolejnym sezonie Robert dołączył do ekipy Habety, a ponieważ był w tym gronie jedynym jeźdźcem dosiadającym japońskiego motocykla, sprowadził sobie ze Stanów H-D Softaila. Od razu go jednak sprzedał, bo jazda na seryjnym motocyklu zupełnie mu nie odpowiadała. W międzyczasie pojawiła się okazja kupienia w kraju trzech amerykańskich motocykli customowych. Maszyny wyglądały kozacko, cena była do przyjęcia, więc długaśne choppery szybko zmieniły właściciela. Robert stał się posiadaczem widocznego na zdjęciach motocykla. Jest to Big Bear model Devils Advocate, w którym w miejsce montowanego oryginalnie silnika S&S wstawiono większy piec firmy Patrick Racing.  Na głowicach widoczne są sygnatury Arlena Nessa, ponieważ Ness używa również silników Patrick Racing budując swe motocykle. Przygody z nowym nabytkiem zaczęły się już pierwszego dnia, kiedy dopiero co ściągnięty z ciężarówki chopper nie chciał odpalić. Cały czas trzeba było w nim usuwać różne upiardliwe awarie, ale kiedy miał dobry humor i działał, jazda nim sprawiała z każdym dniem coraz większą frajdę. Razem z chłopakami z Habety Robert wybrał się w wakacyjną trasę do Włoch i Chorwacji. Była niezła faza jak chłopaki na chopperach zaczęli w górach śmigać po winklach. Tak im się ta zabawa spodobała, że zaczęli wyprzedzać turystów jadących na beemkach. Śmigali tak, że tylko iskry szły, a wyprzedzani motocykliści pukali się w kaski. W okazyjnie kupionych chopperach jednak wiecznie coś się psuło i gdyby nie wiedza i doświadczenie Sylwka z Habety, pewnie musieliby wracać na lawecie. W czasie tych ustawicznych napraw wyszło na jaw, że motocykle te były robione „na sztukę”. Ładnie wyglądały, ale nie miało to nic wspólnego z rzetelnym wykonaniem. W motocyklu Roberta instalacja elektryczna położona była niechlujnie, bez użycia żadnych kostek i złączy. Kable były po prostu prowizorycznie powiązane, tak by motocykl odpalał podczas oględzin przy sprzedaży. Pod koniec sezonu silnik się rozsypał, co tylko utwierdziło Roberta w zamiarze odbudowania motocykla od podstaw. Big Bear został rozmontowany do gołej ramy, silnik przeszedł kapitalny remont. Przy okazji zaaplikowano mu ostry wałek rozrządu i dwa gaźniki. Wszystkie części ściągnięto ze Stanów – są to wysokiej klasy komponenty firmy Patrick Racing. Cylindry i głowice, tak jak w silnikach do dragsterów, są wyfrezowane z pełnego bloku aluminium. Z silnikiem współpracuje sześciobiegowa skrzynia Baker z wyjściem napędu na prawą stronę. Dzięki temu, przy szerokości opony 300 mm, motocykl jest dobrze wyważony i nie ciągnie w żadną stronę. W ramach zimowego remontu Big Bear dostał nowe suche sprzęgło BDL. Widelec jest długi i płasko położony, ale geometria przedniego zawieszenia została dobrze przemyślana i po oswojeniu bestii jazda nią daje dużo frajdy. Szczególnie, że silnik ma solidne kopyto i chopper  przyspiesza jak wściekły. Robert jechał już nim dwie paki i jeszcze był zapas. Przy szerszym odwinięciu bez problemu miesza kołem, więc na wyjściu z zakrętów można go ustawiać bokiem – świetna zabawa. Niestety tylne zawieszenie jest bardzo twarde, więc na nierównym asfalcie przy tak szerokim kapciu trzeba uważać. Fajnie się jeździ tym chopperem i świetnie on wygląda, a oryginalne malowanie wykonano w firmie Aerografia.pl. Motywy nawiązują do przeszłości Roberta, kiedy zawodowo zajmował się hot rodami i sportowymi wozami amerykańskimi. Robert sam pracował przy remoncie swojego choppera, ale często korzystał z kontaktów i wiedzy Sylwka z Habety. W nadchodzącym sezonie Robert planuje wypad z chłopakami z Habety do Hiszpanii, myśli też o budowie następnego motocykla customewego – będzie to bobber, ale newschoolowy. W całej tej motocyklowej zabawie oprócz samej jazdy i dłubania przy sprzęcie Roberta również cieszy to, że załoga Habety stanowi tak zgraną paczkę. Rzadko się zdarza, żeby ludzie, którzy mają przecież swoje rodziny i biznesy, tak dobrze się rozumieli i sympatycznie spędzali razem czas. Kiedyś Robert i jeszcze trzech znajomych wyruszyli w motocyklową wakacyjną wyprawę. Były tam dwie maszyny customowe, Electra i Heritage. Nie ujechali daleko, bo w Electrze zerwał się łańcuch sprzęgłowy. W każdym innym przypadku oznaczałoby to koniec wakacji, ale nie w tej załodze. Wystarczył jeden telefon do Habety. Stiw wskoczył na drugą Electrę, którą mieli w warsztacie, a Sylwek wsiadł do busa i przyjechali na miejsce awarii. Zepsuty motocykl załadowali na busa, właściciel uszkodzonej Electry przepakował się na tą drugą i ekipa mogła jechać dalej, a Stiw z Sylwkiem wrócili do warsztatu. Po powrocie z wyprawy na pechowego jeźdźca już czekał naprawiony motocykl. W normalnym świecie takie rzeczy się nie dzieją.

-Wiecie co Maczała? Taki wywiad to wy se możecie w buty wsadzić. Ja tu potrzebuję dowodów naruszania prawa, wywrotowej działalności, żebym mógł pozamykać tych cholernych motocyklistów i uwolnić od nich nasze miasto, a wy mi tu o jakichś wyprawach, koleżeństwie i naprawianiu motocykli. Musicie się bardziej postarać.

– Panie śledczy mam pomysł.

-Walcie.

– A może ja bym tak zaczął jeździć na motocyklu i się do nich przyłączył. Jak będę z nimi 24 godziny na dobę, to w końcu jakiś dowód musi się znaleźć.

-Dobra, tak zrobimy. Mamy chyba w depozycie jakiś skonfiskowany motocykl, weźcie tymczasem parę lekcji jazdy w drogówce i zameldujcie się u mnie jak będziecie gotowi Maczała.

Artykuł pochodzi z numeru 4/2013.

Sprawdź także

Czystość formy – BMW R 100RT Cafe

Właścicielem zgrabnego „kafiaka” jest trzydziestopięcioletni Paweł Czerwiński z Warszawy. Choć prawo jazdy na motocykl ma …

Dodaj komentarz