środa , Wrzesień 20 2017
Home / Okiem aparatu / Nie święci garnki lepią

Nie święci garnki lepią

Każdy człowiek ma jakieś bardziej lub mniej przyziemne marzenia, i jak mówią słowa piosenki „… i nikomu nie wolno się z tego śmiać…”. Pewny jestem jak cholera, że marzeniem każdego motocyklisty jest ta jedyna, wydumana, wypatrzona w katalogach, wymacana w salonach – maszyna. I żadnego z was o tym przekonywać nie trzeba.

Tak, więc i w moim przypadku było podobnie. Od samego początku, kiedy to na ulicach zacząłem oglądać się za motocyklami, a z 15 lat temu to było, to gang widlastej dwójki made in USA wywoływał u mnie żywe przyspieszenie tętna. Potem trochę urosłem i w końcu zacząłem zarabiać! Następnie były Yamahy Dragstar 650 i 1100, które klimatem zbliżały mnie do wzorca.

Jednak już wystarczy, już dość. Jeśli miałbym to kiedykolwiek zrobić – to właśnie nadeszła odpowiednia chwila! Na moje 30-te urodziny byłby fajny prezent!! Łatwo było by powędrować do salonu, rzucić worek z kasą na ladę i wyjechać nowiutkim Harasiem. Hmm… Może kiedyś tak zrobię, ale tym razem oczekiwałem czegoś, co da mi trochę większego kopa. Ciągle słysząc w głowie głos mojego kumpla szepczący: „…będzie taki jak inne, …idziesz na łatwiznę, …To nie to samo”, uległem i postanowiłem zbudować go sam. Nie macie pojęcia, ile ironicznych spojrzeń i uśmieszków widziałem wśród moich najbliższych. Można by powiedzieć, że gest powitania – wyciągniętą dłoń, zamienili na gest pukania się w czoło. Irytujące… Ja za uśmiechem też kryłem dla nich pewien gest, ale nie będę się o tym rozpisywał.

Na początku potrzebna jest wiedza. Poprzez sklep internetowy zamówiłem, więc parę książek poświęconych budowie i działaniu motocykli Harley-Davidson. Przez kolejny rok, marszcząc się w wannie, jeżdżąc metrem do pracy, przesiadując w barze i zanudzając kumpli, rozszyfrowywałem wszelkie tajniki moją łamaną angielszczyzną. Potem katalogi pełne aftermarketowych części i … Wielkie rozczarowanie. Dotarło do mnie, że w życiu nie zdobędę tylu pieniędzy. Wszelkie wyliczenia zawsze kończyły sie powyżej 100 000 pln. Rozwiązanie przyszło z czeluści Internetu. Okazało się, że amerykański rynek wręcz pęka od tak zwanych Kit Bike-ów. W różnych cenach, przez różne firmy, oferowane są zestawy części, z których można stworzyć konkretny motocykl. Jak głosi hasło reklamowe: „Zestaw zawiera każdą śrubkę i każdą nakrętkę niezbędną do budowy customa, ty musisz tylko dodać lakier i benzynę” (tylko małym druczkiem jest dopisane, że zestaw powinien być złożony przez profesjonalny warsztat).

Napisałem maila do jednego ze sklepów w Stanach i uzyskałem wszelkie informacje, co do jakości interesującego mnie zestawu, form płatności i czasu dostawy. Ze względu na fakt, iż sklep ten świadczy usługi jedynie na terenie USA, poprosiłem, aby paczkę przesłano do Chicago, gdzie mieści się siedziba polskiej firmy spedycyjnej. Poprzez korespondencję ze spedytorem (już łatwiej, bo po Polsku) ustaliłem koszt przesyłki, oraz czas, ile moja ukochana maszyna spędzi na morzu. Oprócz tego zamówiłem (także przez Internet) narzędzia, którymi miałem dokonać dzieła stworzenia. Zestaw ponad 100 narzędzi renomowanej firmy w rozmiarach calowych i metrycznych kosztował grosze, w porównaniu z podobnymi zestawami dostępnymi w Polsce. Potrzebowałem jeszcze niewielki podnośnik, który zmieściłby się w mojej kawalerce na IV piętrze. W tym pomogła mi firma ze Świdnicy oferująca takie urządzenia.

Następny krok – gotówka. Jedyne wyjście to kredyt, bo w oszczędzaniu nigdy nie byłem dobry. Trochę formalności i przez krótką chwilkę byłem bardzo bogaty. Gdy oświadczyłem moim znajomym, że wysłałem do sklepu w Stanach bez żadnego formalnego zabezpieczenia czek bankierski na kwotę ponad 40 000 pln, to połowa z nich zemdlała, a druga parsknęła śmiechem. Hmm, chyba faktycznie trzeba być trochę odrealnionym, aby to uczynić, ale co? Wszak bez duszenia nie ma jedzenia … Czy jakoś tak.

Minęło półtora miesiąca, i dwie paczki zawierające części mojego maleństwa wylądowały na cle w Warszawie. Przez trzy dni przebijałem się przez biurokratyczną toń tak, aby czwartego dnia siedzieć w szoferce wraz z panem kierowcą, wioząc po ulicach Warszawy coś, co zwiedziło więcej świata niż ja przez całe życie.

Wieczorem samotnie siedziałem w moim małym mieszkanku, patrząc na ramę tkwiącą na podnośniku pomiędzy kanapą a telewizorem, na przepiękny silnik S&S o pojemności 1600 cm3, na tylną oponę o szerokości 200 mm, na 20 dużych kartonów zawierających większe podzespoły, i na dziesiątki malutkich paczuszek kryjących elementy, których przeznaczenie nie było dla mnie do końca oczywiste. Siedziałem tak pośrodku przez cały wieczór, a przez głowę przebiegała mi ciągle i ciągle jedna sentencja … Oooo ku**a.

Zimowe wieczory były rewelacyjne tego roku. Z radia sączyła się muzyka, z puszki sączyło się piwo, a motocykl zaczął nabierać kształtów. Najpierw montaż wstępny, aby sprawdzić, czy wszystko do siebie pasuje. Zapewnienia, że paczka zawiera wszystkie niezbędne elementy w 99% były prawdziwe. Nie brakowało niczego istotnego. Niczego, czego niewielkim nakładem kosztów nie dało się zdobyć. Gdy go zbudowałem był ładny, ale dopiero, gdy części wróciły z lakierni, mojej radości nie było końca!

Jeśli się buduje motocykl z własnych snów, ten wymarzony, to podstawową rzeczą jest lakier. A jeśli chodzi o lakierowanie – to wybór był nader oczywisty. Widziałem prace Piotrka Parczewskiego z Elbląga w gazetach, Internecie i na żywo na zlotach. Pogadaliśmy z Mistrzem, ustaliliśmy wzór, a efekt możecie podziwiać na zdjęciach. Z ostatecznego efektu jestem bardziej niż zadowolony. Facet po prostu jest dobry.

Gdy tak siedzieliśmy sobie wraz z moimi kumplami, którzy przez cały czas wspierali mnie podczas prac, czy to czynem czy też słowem, gapiąc się na skończone dzieło zasłaniające z jednej strony wyjście do przedpokoju, a z drugiej strony wejście do kuchni, trudno było się oprzeć wrażeniu, że odwaliliśmy kawał dobrej roboty!

I nadszedł ten dzień, gdy w serwisie, po niezbędnych regulacjach gaźnika i zapłonu, przekręciłem stacyjkę, kranik ustawiłem w pozycji „ON”, parę razy przekręciłem rolgazem, wyciągnąłem dźwignię ssania, i nacisnąłem starter. Sekunda niepewności ..i ożył!! Nie zrobił tego delikatnie, nie zamruczał potulnie. Ryknął całym gardłem wydechów, które nie mają raczej nic wspólnego z normami unijnymi. Jeszcze tylko wyregulować poziom mieszanki w gaźniku i w drogę. Co miało się odkręcić, to się odkręciło. Co miało odpaść, odpadło. Ze stoickim spokojem poprawiałem swoje błędy.

Teraz na liczniku mam już przejechane 2500 km i zęby pełne komarów, bo jak tu się nie uśmiechać, gdy jest się szczęśliwym. Maszyna spisuje się wspaniale, zabierając mnie to tu, to tam.

Powolutku idzie już jesień, i jedna myśl zaczyna uwierać mnie w resztki szarych komórek. Co będę robił w długie zimowe wieczory tego roku? A może by tak jeszcze raz?

 

 

Producent zestawu: Biker’s Choice

Silnik: S&S 1600

Gaźnik: S&S Super E

Skrzynia biegów: RoadMax 5 biegów

Sprzęgło: Mokre

Zbiornik paliwa: 20 litrów

Szerokość tylnej opony: 200 mm

Lakier: lakierowanie artystyczne – Aerograf Piotr Parczewski

 

Artykuł pochodzi z numeru 1/2007.

Sprawdź także

„Saważyk”

O tym jak pocięli ojcu Hondę opowiem innym razem, a teraz poznajcie tego bardzo zgrabnego …

Jeden komentarz

Dodaj komentarz