czwartek , Lipiec 19 2018
Home / Okiem aparatu / Kartoteka Habety – Cz1. „Cerata”

Kartoteka Habety – Cz1. „Cerata”

Zza oślepiającego strumienia światła rozległ się zachrypły sznaps baryton.

– Nazwisko?

– Przecież macie wszystko w papierach.

– Nie pyskować, nazwisko? – powtórzył śledczy.

– Pacała.

– Imię?

– Cezary.

– Wiek?

46 lat.

– Zawód?

– Technik mechanik.

– Gdzie pracujecie?

– Prowadzę własną firmę, zajmuję się odpadami.

– No tak, to wy działacie razem z Rybą. Niczego wam nie brak, moglibyście żyć jak przykładny obywatel, ale nie, wam to nie w smak. Musicie huczeć tymi waszymi motorami, młodzież demoralizować, staruszki straszyć, panny na złą drogę sprowadzać?

Mówcie mi tu zaraz od kiedy uprawiacie ten niecny proceder. Tylko nie kłamcie Cerata, my i tak wszystko o was wiemy. Rozpracowaliśmy ten wasz gang Habety. Tylko szczerość może was uratować inaczej skończycie marnie. No więc od kiedy to trwa?

– Pierwsze Junaki były już w podstawówce. Tworzyliśmy paczkę kumpli, było nas czterech, czy pięciu. W naszej paczce mieliśmy ustalone, że nie będziemy jeździć dostępnymi w sklepie dwusuwami, więc właściwie jedyny sprzęt na jaki mogliśmy sobie pozwolić to był Junak. Człowiek najął się w wakacje do warsztatu samochodowego, zarobił trochę grosza i kupowało się taki stary motocykl w skrzynce po jabłkach. Tak się zaczęło składanie sprzętów. Pierwszy dalszy wyjazd na Junaku to była wyprawa do Sztumu. Jazda tam i z powrotem zajęła nam dwa tygodnie. To były czasy!

Nie można było zdobyć fachowych strojów motocyklowych, więc jak musieliśmy wyruszyć w deszcz, to kupowało się folię, wycinało się z niej coś na kształt kurtki, sklejało taśmą i w drogę. Sprzęty co chwila nawalały. Wtedy jazda to była prawdziwa przygoda, ale dziś już nie chciałbym wracać do tamtych realiów. To były lata 80, schyłek komuny, benzynę reglamentowano. Był przepis, że motorowery mogą tankować bez kartek, więc jak chcieliśmy gdzieś pojechać wykorzystywaliśmy okolicznych małolatów jeżdżących na motorowerach, żeby kupowali dla nas benzynę.

Kiedy poznałem Sylwka, to on jeździł na emce. Sylwek kumplował się ze Stiwem, który miał Junaka z długim przodem. Ja później kupiłem kaśkę, bo spodobały mi  się ruskie boxery, były większe, miały lepszy odjazd, mniej się psuły i dobrze się spisywały w zaprzęgu z koszem. Jak jechaliśmy gdzieś dalej, to w koszu mieliśmy części, narzędzia i zapas paliwa. Kupiłem też od pewnego dziadka Junaka w eksportowej angielskiej wersji. Jak jechaliśmy z chłopakami na jakiś zlot, albo zwyczajnie przed siebie porokerować, to zawsze coś się działo. Nie było wtedy tylu przydrożnych barów, więc i żarcie i picie braliśmy ze sobą, a jak coś kucnęło w maszynie i trzeba było w rowie robić remont, to często kończyło się na libacji i noclegu pod chmurką przy drodze. Były czasy!

Trzymaliśmy się razem z Sylwkiem i Stiwem, aż pod koniec 1988 roku wyjechaliśmy na Zachód, żeby zarobić prawdziwe pieniądze. W kraju nie było pespektyw. Sylwek ze Stiwem ruszyli do Niemiec, a ja za nimi. Potem Stiw pojechał do Australii. Ten okres to była przerwa w naszym motocyklowym życiorysie, trzeba było tyrać, żeby zarobić kasę.

Po paru latach z Sylwkiem wróciliśmy do Szczecina. On kupił Harleya WLA, a ja postanowiłem zostać przy „Iwanie”. Sprawiłem sobie M-72 z koszem. Fajna była sztuka, jeszcze z falbanami na piastach. Wchodziłem wtedy w tematy militarne, jeździło się na zloty do Darłowa. Wtedy też poznaliśmy ekipę z Drawska i razem jeździliśmy na zloty. Sylwek strasznie mnie wkręcał na Harleya, ale jakoś nie byłem na to gotowy. Zacząłem jednak myśleć, że fajnie byłoby polatać na traji. Znalazłem ogłoszenie w gazecie i pojechaliśmy po trajkę do Pozania. Jak się kilka lat później okazało, sprzedającym był Gulczas z Big Brothera. Traja choć w opłakanym stanie, ale była fajnie skrojona, więc ją łyknąłem. Mam ją do dziś. Jest pędzona silnikiem od VW Transportera z lat 70.

W końcu któregoś dnia dzwoni do mnie Sylwek i mówi, że jest Harley po okazyjnej cenie i że trzeba brać. No to wziąłem. Wtedy Harleye nie były tak popularne jak dziś. Wysokie cła i podatki powodowały, że amerykańskie motocykle wychodziły bardzo drogo. Ten Harley to Heritage z silnikiem Evo. Nazwaliśmy go Smoczek, bo jest biały i ma na baku wymalowanego czerwonego smoka. Ponieważ interesy szły dobrze, nasza paczka mogła sobie pozwolić na długodystansowe „rokerowanie”. Z chłopakami z Habety zjeździłem na Smoczku kawał Europy i zaliczyliśmy fantastyczną wyprawę po USA i Meksyku. Działo się!

Smoczek dobrze się sprawdza w turystyce, ale chciałem mieć jeszcze coś bardziej ekstrawaganckiego. Jakiegoś choppera na szerokim laczu. Kilka lat temu nadarzyła się okazja. Dolar był tani, wypatrzyłem w Internecie amerykański sprzęt Iron Horse. To firma, która małoseryjnie wytwarzała customowe maszyny. Można więc było  mieć zaufanie, że wszystko jest sprawdzone i w motocyklu nie ma żadnych przypadkowych patentów. Ryba akurat wyjeżdżał do Stanów w interesach, więc przywiózł stamtąd parę fajnych sprzętów, w tym mojego Iron Horse’a. Motocykl pochodzi z 2003 roku. To zgrabny chopper, bez przegięć jeśli chodzi o długość przodu i szerokość tyłu. Ma silnik S&S o pojemności 1800 ccm, więc i wygar i brzmienie są odpowiednie. Tylny laczek ma szerokość 240 mm, więc już dobrze wygląda, a jeszcze łatwo się prowadzi. Przy lewostronnej skrzyni Baker i szerokim kapciu lekko ściąga w lewo, ale to nie jest dokuczliwe. Spisuje się bardzo dobrze, nie miałem z nim żadnych problemów, musiałem tylko wymienić uszczelki, tam gdzie pojawiły się wycieki, a poza tym to tylko leję do niego wachę i latam. Nawet lakier pozostał oryginalny. Nic nie musiałem przy nim rzeźbić. Co innego Smoczek – zmieniłem w nim gaźnik na Mikuni, założyłem ostry wałek rozrządu, splanowałem głowice i przerobiłem napęd z pasowego na łańcuchowy. Jak lecimy w trasę poniżej 300 kilometrów i nie muszę brać dużego bagażu, a w Habecie jest hasło, że lecimy na szerokim kapciu, to wsiadam na Iron Horse’a, a jak przelot ma być dłuższy, to zabieram Smoczka.

Moja córka i syn też poszli w stronę motoryzacji. Córka jeździ na Sokole 600, ale ostatnio odważyła się wsiąść na Smoczka. Z myślą o niej chcę teraz odświeżyć trajkę, bo fajnie się nią lata. Jest niska i można nieźle driftować. Zdążyłem już zrobić kapitalkę silnika.

Z chłopakami z Habety planujemy pojechać na wyprawę do Australii. Z Sylwkiem i Stiwem trzymamy się razem już ponad 30 lat. Sylwek cały czas nas nakręca do rokerowania na amerykańskich chopperach.

– Dobrze Cerata, to podpiszcie teraz zeznania. Będzie dowód, że nikt was do niczego nie zmuszał, że z własnej woli tracicie zdrowie, czas i pieniądze na motocykle i na to, jak wy to nazywacie, rokerowanie.

Artykuł pochodzi z numeru 1/2013

Sprawdź także

Testy, Testy!

Przez ostatnich kilka dni byliśmy mniej aktywni, gdyż część załogi wybrała się na wyprawę motocyklową …

Dodaj komentarz