wtorek , Kwiecień 24 2018
Home / Okiem aparatu / Kartoteka Habety – Cz.2 „Ryba”

Kartoteka Habety – Cz.2 „Ryba”

Julian Maruszewski – dla przyjaciół „Ryba”. Wiek 62 lata, z wykształcenia technik budowy okrętów. Prowadzi własny biznes, firma zajmuje się składowaniem i utylizacją odpadów.

– No tak i znów to samo! Znów szanowany obywatel, a nie żaden gangster. Czy naprawdę nic nie można znaleźć na tych cholernych motocyklistów, jak ja ich nie cierpię! Śledczy wpadał w coraz większą złość. By poprawić sobie nastrój ponownie pociągną z flaszki i zagłębił się w lekturze akt.

„Ryba” zaczął jeździć motocyklami jeszcze w latach 60.

Cholera, wtedy to moi rodzice jeszcze nawet się nie znali – pomyślał śledczy.

Od dziecka ciągnęło go do mechaniki i najwyraźniej miał w tym kierunku talent, bo pierwszy motocykl – WFM, złożył z części mając zaledwie 12 lat.

– Jak taki dzieciak mógł w ogóle zdobyć motocykl? Dziś to rozumiem, jest Allegro, wszystko można znaleźć w Internecie i po sprawie, ale wtedy? Kto w ogóle chciałby się wdawać w handle z takim małolatem? Chyba prowadzący inwigilację wywiadowcy coś tu pozmyślali, albo ci cholerni motocykliści jak zwykle nabili ich w butelkę. Śledczy zaciągną się głęboko papierosowym dymem i czytał dalej.

Pierwszy motocykl przehandlował z dyrektorem szkoły za jakieś stare szable  – no ładne rzeczy!

Pierwsze jazdy „Ryba” odbywał po polnych drogach w okolicy, bo nie mógł mieć jeszcze prawa jazdy.

– No oczywiście, ci motocykliści to wyjątkowo niezdyscyplinowane typy, mają prawo i ogólnie panujące normy w głębokim poważaniu!

Jazda na motocyklu i dłubanie przy nim wciągnęło „Rybę” na dobre. Po wuefemce następna była WSK, potem AWO Simson, później dwie emzetki, IFA BK 350, Junak, Pannonia i wiele  innych sprzętów. Jak chyba każdy nastolatek w tamtych czasach „Ryba” marzył o Indiane albo Harleyu. Na spełnienie tych marzeń musiał jednak czekać długie lata. Jazda na motocyklu nie zawsze dostarczała tylko pozytywnych wrażeń, zdarzały się i wypadki. Po jednym z nich „Ryba” nauczył się, że jadąc motocyklem nigdy nie ma się pierwszeństwa przejazdu. Zdarzyło się to dawno temu, a było to tak:

Jechali z kumplem w dwie emzetki. Chłopaki mieli już wtedy zagraniczne, dobre kaski i cały profesjonalny ekwipunek motocyklisty. Wśród kolegów jednośladowców wzbudzali zazdrość, zaś „ulica patrzyła na nich jak na kosmitów”.  Mijany właśnie taksówkarz tak się zapatrzył na jadącego z przodu kumpla, że zjechał ze swojego pasa ruchu wprost pod koła „Ryby”. Ten zdążył zrobić unik, ale z całym impetem uderzył w przydrożny betonowy słupek. Wykręcił kilka salt w powietrzu i uderzył głową o asfalt. Dobry markowy kask uratował mu życie i jeśli nie liczyć wstrząśnienia mózgu i kilku złamań, wyszedł z opresji cało. Miesiąc później znów jeździł na motocyklu, ale już na innym, bo emzetaka nadawała się tylko na złom.  W całej jego motocyklowej karierze zaliczył jeszcze kilka pomniejszych „szlifów”.

Kilka lat temu „Ryba” kupił Hondę Afrika Twin, bo chciał przeżyć przygodę w siodle dużego turystycznego enduro. Pewnego razu jednak wyglebił na tej Hondzie i poparzył sobie nogi. Stwierdził wtedy, że to zabawa nie dla niego i stopniowo jego motocyklowa pasja zaczęła wygasać. Kiedy jednak „Ryba” związał się biznesowo z „Ceratą”, a ten któregoś dnia przyjechał do firmy trajką, „Ryba” znów zaczął myśleć o motocyklach. Ponieważ minęło kilka lat, na początek kupił sobie małe i spokojne Suzuki Volusia. Radość z jazdy i entuzjazm do motocykli wróciły natychmiast. Przyszedł wreszcie czas, żeby spełnić swe młodzieńcze marzenia, a że interesy szły dobrze, więc w garażu pojawił Harley-Davidson Heritage Softail Classic. Mając Harleya „Ryba” na dobre zakumplował się z załogą Habety i zaczęły się wspólne eskapady. Zjeździli razem całą Europę odwiedzając przy okazji zloty entuzjastów amerykańskiej marki. Byli nawet w Stanach, gdzie wspólnie przejechali ponad 12 tysięcy kilometrów. „Ryba”, mimo że najstarszy w całej grupie, nigdy nie odmawiał wspólnej jazdy, poza tym, jak chyba każdy jeździec dosiadający Harleya, zapadł na nieuleczalną chorobę. Przypadłość ta nazywa się customizing. To było jak nałóg, każdej zimy „Ryba” wydawał kilka tysięcy na to, żeby do swojego Harleya coś nowego przykręcić, albo dla odmiany odkręcić i tak w kółko. Będąc kiedyś służbowo w Stanach napatrzył się na customowe motocykle i choroba przybrała bardziej ostrą formę. Zaczął intensywnie myśleć o tym, żeby sprawić sobie jakiegoś ekstremalnego choppera – maszynę jakiej nie ma nikt.

Szperając w Internecie trafił na motocykl, który w 2007 roku zdobył drugie miejsce w Custom Show w Daytonie. Był to model specjalny firmy American Ironhorse budowany z myślą o customowych wystawach.  Sprzęt wyglądał jak sto tysięcy dolarów i „Ryba” kompletnie odleciał. Pojechał po ten motocykl za ocean i kupił go bez żadnego targowania – normalnie nigdy się tak nie zachowuje. Kiedy maszyna dotarła już do Polski okazało się, że ta bestia jest cholernie ciężka do ogarnięcia. Motocykl jest strasznie długi, tylny laczek ma szerokość 300 mm, a napęd wyprowadzono klasycznie na lewą stronę, przez co chopper ciąży na lewą stronę i ciężko nim jechać nawet po prostej. Podczas pierwszego odpalenia „Ryba” o mało nie wjechał do stawu przed domem. To go bynajmniej nie zniechęciło, wiedział, że będą problemy, ale to nie miało znaczenia, po prostu musiał mieć ten motocykl i już! Żeby jednak móc choćby od czasu do czasu przejechać się Ironhorsem, poprosił Sylwka z Habety, żeby chłopaki uzdatnili choppera do jazdy i poprawili parę rzeczy po Amerykanach, bo maszyna wyglądała wprawdzie świetnie, ale technicznie miała parę niedociągnięć, nie wspominając już choćby o braku kierunkowskazów, które przecież wymagane są przez polskie prawo.

Sylwek, Stiw i Byku zakasali rękawy i szybko doprowadzili Ironhorse’a do kultury. Wytoczyli z nierdzewki specjalny balast, który został przymocowany do dolnej rury ramy z prawej strony i wygląda tam bardzo tajemniczo. Dzięki temu zabiegowi motocykl prowadzi się znacznie łatwiej, bo przynajmniej sam nie skręca. Montaż amortyzatora skrętu do przedniego widelca dodatkowo poprawia stabilność. Łańcuch napędowy otrzymał dwie starannie ukryte rolki napinające. Bez tego jego bicie było tak duże, że dochodziło do przetarcia przewodu hamulcowego. Zmodyfikowano też instalację elektryczną i zamontowano bardzo dyskretne kierunkowskazy.

„Ryba” jest bardzo dumny ze swojego Ironhorsea. Dosiada go jednak tylko przy wyjątkowych okazjach (raz był nim nawet na zlocie w Kołobrzegu), bo pomimo znacznej poprawy, nadal jazda tym motocyklem do łatwych nie należy, a jak popada deszczyk, to już jest prawdziwa masakra. Za każdym razem jednak, kiedy z niego zsiada, czuje się jak nowonarodzony.

Ten customizing to straszny nałóg.

Tak to prawda – pomyślał śledczy. A najgorsze jest to, że nie da się z tego wyleczyć.

 

  • Do zdjęć z jazdy pozował Sylwek, bo „Ryba” był tego dnia przeziębiony.

Artykuł pochodzi z numeru 2/2013

 

20

Sprawdź także

Garage Maniac Triumph Bobber

W Wiśle znowu musiało upłynąć trochę wody zanim mogłem ponownie zjawić się u Jacka w …

Dodaj komentarz