czwartek , Październik 19 2017
Home / Okiem aparatu / Hayabusa Ki43 Nakajima – code name: „Oscar”

Hayabusa Ki43 Nakajima – code name: „Oscar”

Jest nim Stanisław (code name: „Siekiera”) z Warszawy. Jak możecie zobaczyć na zdjęciach Stanisław zupełnie odleciał na punkcie swojego motocykla, lecz jego motocyklowa historia bynajmniej nie należy do typowych.

Właściwie przez całe życie nasz bohater był związany z motoryzacją, a od dwudziestu lat pracuje w polskim przedstawicielstwie Mercedesa w charakterze osobistego szofera prezesa. Do tej pory było ich już czterech a zdarzyło mu się wozić także wielce ciekawe osobistości, by wymienić choćby Micka Jaggera, Chucka Berry’ego, Stinga, Lucjana Pavarotti’ego, czy Henry’ego Kissingera.

Pierwszy kontakt z motocyklem nie był wcale zachęcający. Wydarzenie to miało miejsce w dawnych czasach, jeszcze w okresie głębokiej komuny. Młodszy brat Stanisława -Lechosław był wtedy dumnym posiadaczem motocykla MZ 250, absolutnie topowego wśród tych, które można było oficjalnie kupić. Kiedyś brat dał zrobić Stanisławowi zapoznawczą rundkę na podwórku.

Jak odkręciłem gaz to potem kurczowo trzymałem się kierownicy, dzięki czemu udało mi się postawić Emzetkę na gumie. Jakaś kobiecina wychodziła akurat budki z siatką ziemniaków, zawadziłem ją podnóżkiem i rozpierniczyłem te ziemniaki po całym podwórku. Kobiecinie na szczęście nic się nie stało, a ja zatrzymałem się w krzakach.

– Motocykl?- pomyślałem sobie – w życiu, toż to jest totalna głupota!

Jakiś czas później nastąpiło kolejne wydarzenie, po którym  „Siekiera” postanowił trzymać się od motocykli jak najdalej.

Przejeżdżałem któregoś razu przez rondo „Babka”i widzę oparte o latarnię szczątki Emzetki, a nieopodal zaparkowaną wywrotkę Berliet. Pomyślałem wtedy, że z tego motocyklisty pewnie niewiele zostało. Wracam do domu i widzę mojego brata z zabandażowaną nogą, tu mnie tknęło.

– Czy to nie twoja Emzetka stoi rozbita na rondzie „Babka”?

-Moja.

– Co się stało?

– Wchodziłem w zakręt, a tam był rozsypany piasek. Padając zdążyłem odepchnąć się od motocykla tak, że wpadł akurat pod bliźniaki przejeżdżającego Berlieta. Mnie nic się nie stało, stłukłem tylko kostkę.

Rzeczoznawca z PZMot, który oglądał później ten motocykl, nie mógł uwierzyć, że motocyklista wyszedł z wypadku cało. Z Emzetki do ponownego użycia nadawał się jedynie klakson, który w tym motocyklu umieszczony był pod kanapą.

Mijały kolejne lata, nasz kraj w międzyczasie przeszedł transformację ustrojową i Stanisław pewnie do dziś nie miałby nic wspólnego z motocyklami, gdyby nie jego drugi brat – Włodzimierz,  też młodszy…

– Włodek kupił sobie Suzuki Maraudera, Lechosław już w tym czasie trzymał się z daleka od motocykli. Pojechałem parę razy z Włodkiem jako pasażer i pomyślałem sobie:

– To ten małolat śmiga sobie na motorze, a ja mam jeździć jako pasażer? Tak nie może być.

Zrobiłem prawko, zupełnie wtedy nie znałem się na motocyklach. Chciałem nowy, a w Suzuki mieli dobre ceny. Wybrałem z katalogu taki, jaki mi się najbardziej podobał i kupiłem pięknego Intrudera 800.

Koleżanka małżonka wiedziała, że szwagier ma motocykl więc śmiało podjeżdżałem pod chałupę motorkiem „pożyczonym od Włodka”. Udawało się tak przez pół roku. Potem nastąpiły ciche dni a potem już było z górki.

– Byłem bardzo szczęśliwy, jeździłem nim dwa czy trzy lata, aż któregoś dnia poprosiłem Włodka, żeby gdzieś odprowadził mój motocykl. Popatrzyłem za nim jak odjeżdża i ze zgrozą stwierdziłem, że on wygląda na tym motocyklu jak na psie! Jesteśmy tej samej postury, więc ja też musiałem tak wyglądać. Ponieważ znałem głównego szefa od motocykli w Suzuki – Pawła Iwanickiego, poszedłem do niego i mówię, że potrzebuję coś większego. Tak zostałem posiadaczem Intrudera 1400.

Z dużym Intruderem Stanisław zaprzyjaźnił się bardzo, zjeździł na nim Polskę wzdłuż i wszerz. Jak chciał jechać szybciej, to kładł nogi na podnóżki pasażera i grzmiał ile wlezie.

Po kilku latach zadzwonił Paweł Iwanicki z propozycją.

Może byś kupił Bandita 1200?

Mnie wciąż się podobały choppery, ale z ciekawości pojechałem wypróbować tego Bandita. Wsiadłem i od razu pierwsze olśnienie:

– Toż to się prowadzi jak rower.

Jechało się bardzo fajnie, ale coś mi się zdawało, że ten motocykl ma popsutą skrzynię, bo ma tylko trzy biegi. Zacząłem liczyć przy redukcjach i okazało się, że jednak jest ich pięć. Po prostu Bandit na piątce ciągnął tak jak Intruder na trójce. Wtedy zrozumiałem, że jeżdżąc chopperami straciłem jakieś pół litra…adrenaliny!

Bandita bardzo lubiłem, jeździłem nim długo i nawet go przebudowałem, zapodałem mu nowy niebieski lakier, założyłem „czachę” od GSX-R-a. Strasznie się z nim pieściłem, aż po latach, któregoś dnia znowu dzwoni Paweł

– A może Hayabusa?

– Człowieku, ja chcę żyć! Po co mi taki wściekły motocykl?

Ale dostałem dobrą cenę i kupiłem Hayabusę. Początkowo jeździłem ze ściśniętym tyłkiem, ale szybko zauważyłem, że to bardzo wygodny, dobrze i łatwo prowadzący się motocykl, trzeba tylko wiedzieć kiedy można „odkręcić”i stosować zasadę:”jadąc na motocyklu stajesz się niewidzialny”, czyli- „wszyscy chcą cie zabić” . Po jakimś czasie oczywiście musiałem spróbować, czy pójdzie te magiczne trzy paki. Poszedł – według szybkościomierza, bo GPS pokazał 286 i tej wersji będę się trzymał. Teraz moja Hayka to już babcia. Mam ją od dziesięciu lat, nakręciłem140 tys. km i już jej nie zmuszam do wytężonego wysiłku. Przy tej mocy i tak jest dość rezerw.

Obiecałem mojej babci dożywocie, więc postanowiłem zafundować jej operację plastyczną. Ponieważ interesuję się lotnictwem, zacząłem szukać inspiracji w Internecie, bo wiedziałem, że ta cała politpoprawna bajeczka o sokole wędrownym to zwykła ściema. Hayabusa, to był myśliwiec produkowany w czasie II Wojny Światowej w tej samej fabryce w Hamamatsu, gdzie dziś produkuje się motocykle Suzuki. Wszyscy kojarzą japońskie lotnictwo z II Wojny Światowej z myśliwcami Zero i samobójczymi misjami Kamikaze. Tymczasem prawda jest taka, że Zero(Mitsubishi A6M Rei-sen),  to był myśliwiec marynarki, a myśliwcem armii lądowej była Nakajima Ki43 Hayabusa. Samolot był niezwykle zwrotny, toteż początkowo łatwo odnosił zwycięstwa nad amerykańskimi maszynami. To mnie natchnęło do pomalowania mojego Suzuki na wzór konkretnej maszyny asa japońskiego lotnictwa- sierżanta Satoru Anabuki .Całą sprawę otaczałem tajemnicą większą niż w czasach wojny na Pacyfiku, gdyż chciałem być pierwszym i jedynym posiadaczem takiej Hayki. Zacząłem gromadzić fundusze, w czym pomógł mi brat Włodek i wreszcie znalazłem artystę (aerografem.pl), który podjął się realizacji projektu. Motocykl oddałem przed gwiazdką i przed Wielkanocą mogłem wreszcie polecieć Jedyną Taką Na Świecie Hayką-Nakajimą (wujek gugiel świadkiem). Malowanie wyszło świetnie. Zmieniłem tarcze zegarów, żeby bardziej przypominały kokpit myśliwca, poza tym chciałem motocykl optycznie postarzyć, żeby jeszcze bardziej kojarzył się z bojowym samolotem z II Wojny Światowej. Przewody hamulcowe w metalowym oplocie zamieniłem na gumowe (żeby nie wyglądało zbyt nowocześnie), manetki kierownicy owinąłem taśmą, a siodło obszyłem brezentem. Pojechałem też do Piastowa do fachowca od tłumików. Uwijał się przy nich od ósmej rano do dwudziestej wieczorem. Są perfekcyjnie zrobione z nierdzewki na kształt i podobieństwo wydechów z myśliwca.

Oprócz dużej Hayabusy Stanisław ma jeszcze plastikowy model swojego motocykla, też zresztą malowany przez fachowca. Kiedy mróz i śnieg za oknem mała Hayka stoi w gablocie na obrotowym postumencie, pomagając Stanisławowi znieść rozłąkę z dużą Hayą.

A wracając do Hayabusy-Nakajimy, to pewnie niedługo przejdzie na zasłużoną emeryturę i będzie wietrzyć cylindry tylko na specjalne okazje. Co się zaś tyczy Suzuki Hayabusy, to kiedyś w ramach obowiązków zawodowych miałem okazję przez dwa tygodnie jeździć tym motocyklem i choć nigdy go nie kupiłem, mam do niego sentyment.

Artykuł pochodzi z numeru 1/2015

Sprawdź także

„Saważyk”

O tym jak pocięli ojcu Hondę opowiem innym razem, a teraz poznajcie tego bardzo zgrabnego …